Wierzę czy wiem
Z Ewangelii według św. Marka
Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał (Mk 6, 1-6).
Uderzający jest kontrast między postawą ufności i wielkiej wiary, jaką reprezentowali bohaterowie wczorajszej Ewangelii (przełożony synagogi i poganka, mieszkanka Cezarei) a niedowiarstwem mieszkańców Nazaretu, o których opowiada dzisiejsza Ewangelia.
Niedowiarstwo powszechnie kojarzymy z brakiem. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje, że bywa odwrotnie. Jezus pragnie nauczać, pragnie uzdrawiać w swoim rodzinnym mieście, ale spotyka się z ogromną ilością wątpliwości, pytań i już gotowych stwierdzeń na swój temat.
Thomas Merton pisał kiedyś, że „Brak wiary może być wynikiem bycia wypełnionym wewnętrznie: w swoim sercu, w umyśle, a nawet zmysłowo różnymi rzeczami: nastawieniami, oczekiwaniami, wiedzą, przyjemnościami, komentowaniem wszystkiego i wszystkich wokół.” [O odnowie życia zakonnego. Niepublikowane Listy Thomasa Mertona]
Ogromnym niebezpieczeństwem w doświadczeniu duchowym jest pomylenie wiary z wiedzą. Wiara, to przede wszystkim zgoda n tajemnicę, na to, że Bóg nas będzie ciągle zaskakiwał. W przypadku mieszańców Nazaretu oni „wiedzą”, więc czym może ich jeszcze zaskoczyć Jezus? O tym niebezpieczeństwie mówił swego czasu kard. Ratzinger, wspominając swoje środowisko teologów z Ratyzbony, wśród których – często wybitnych – wielu skończyło jako niewierzący, bo byli przekonani po latach studiów, że wiedzą o Panu Bogu więcej niż On sam o sobie.
Dzisiaj taka postawa kusi nas nie tylko w doświadczeniu wiary: nie lubimy „nie wiedzieć”. Nie lubimy być „nie doinformowani”.
Chcemy wiedzieć wszystko! Idziemy do lekarza i już na dzień dobry wiemy, co nam dolega i jaką terapię powinien zastosować. Dzięki powszechnemu dostępowi do informacji (niestety często nieprawdziwych) znamy się na wszystkim, wszystko wiemy, jesteśmy ekspertami w każdej dziedzinie. Jak więc w takiej sytuacji Jezus może przyjść do nas? Jak może nas czymś zaskoczyć? Wiara wymaga pewnego rodzaju „pustki”. Jej fundamentem jest pokora i postawa wyrażona przez Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem”. To one tworzą w nas miejsce na tajemnicę, na wyczekiwanie na Jezusa, na głód Boga. I oby w takiej postawie utwierdzała nas nasza praktyka medytacji. Oby budowała w nas przestrzeń pustki, zgody na niewiedzę, którą Jezus będzie mógł wypełnić swoim Słowem i łaską.

Komentarze
Prześlij komentarz